Rankiem 11 kwietnia 2023 roku fotopułapka w Lasach Janowskich zarejestrowała coś, czego na własne oczy nie zobaczy dziś prawie nikt: tokującego głuszca. „Śpiewy, podskoki, profil prawy, profil lewy, opuszczone skrzydła, rozłożony ogon i broda, hmm… tylko oko w oko nie było” — relacjonowało nadleśnictwo, wrzucając nagranie do sieci. I właśnie w tym „tylko oko w oko nie było” zawiera się cała historia tych ptaków. Bo gdyby po drugiej stronie obiektywu stał człowiek, kogut najprawdopodobniej w ogóle by nie zatokował — a i tak nie miałby prawa tam być, bo tokowisko głuszca leży w strefie z zakazem wstępu.
Głuszec (Tetrao urogallus) i cietrzew (Lyrurus tetrix) to dwa największe leśne kuraki Polski i zarazem dwa z jej najbardziej zagrożonych ptaków. Są skrajnie nieliczne, objęte ścisłą ochroną gatunkową i strefową, a to, co o nich dziś wiemy — kiedy tokują, ile wyprowadzają młodych, którędy chodzą wypuszczone na wolność ptaki — w dużej mierze wiemy dzięki kamerom pracującym tam, gdzie ludziom wchodzić nie wolno. Ten tekst jest o jednym i o drugim: jak te ptaki rozpoznać i zrozumieć, w jakim są stanie, jak się je ratuje i jaką rolę gra w tym wszystkim fotopułapka — obsługiwana wyłącznie w ramach programów z pozwoleniami, nigdy na własną rękę.
Głuszec czy cietrzew? Jak rozpoznać leśne kuraki
Zacznijmy od najprostszego: jeśli patrzysz na dużego, ciemnego ptaka o rozłożonym w wachlarz ogonie, to głuszec. Jeśli ogon jest mniejszy, czarny i wygięty w charakterystyczną lirę, to cietrzew. Ta jedna cecha — kształt rozpostartego ogona — rozstrzyga gatunek szybciej niż cokolwiek innego, także na klatce z fotopułapki.
Reszta idzie za tym. Kogut głuszca to ptak wielkości gęsi: samiec waży 3,9–6,5 kg i mierzy 74–90 cm, samica jest wyraźnie mniejsza (1,7–2,5 kg, 54–63 cm). Dorosły samiec ma grubą szyję, dużą głowę, czerwoną „różę” nad okiem, silny, bladożółty, zakrzywiony dziób i czarną brodę; upierzenie grafitowe, a na piersi metalicznie niebieskozielone. Samica jest skromna — brązowa, z czarnymi i białymi prążkami i rdzawą plamą na piersi, doskonale zamaskowana, gdy wysiaduje jaja w runie.
Kogut cietrzewia jest znacznie mniejszy, mniej więcej wielkości kury domowej: samiec ma około 55 cm, samica 40–45 cm. Jak opisuje to nadleśnictwo Kwidzyn, samiec jest „czarny z granatowym połyskiem z wyjątkiem białego podogonia i pasków skrzydłowych”, a nad okiem ma czerwoną brew, która nabrzmiewa w okresie toków. Samica — cieciorka — jest brązowa, pręgowana rdzawo i szaro, i jej ogon nie jest lirowaty. To zresztą samice bywają najtrudniejsze do rozróżnienia: kura głuszca i cieciorka są do siebie podobne, ale cieciorka jest dużo mniejsza, ciemniejsza i — co kluczowe — nie ma rudej plamy na piersiach.
Do kompletu warto znać trzeciego leśnego kuraka, bo to on najczęściej wywołuje pomyłkę „w drugą stronę”. Jarząbek (Tetrastes bonasia) jest znacznie mniejszy od obu poprzednich — 34–39 cm długości i 305–490 g masy — o upierzeniu gęsto plamkowanym brązowo, szaro i czarno, z krótkim, szarym ogonem z czarną pręgą przy końcu. I jest między nimi jeszcze jedna, prawnie fundamentalna różnica: jarząbek jest w Polsce gatunkiem łownym (okres polowań od 1 września do 30 listopada), podczas gdy głuszec i cietrzew są ściśle chronione. Pomylenie ich to nie tylko błąd birdwatchera — to potencjalnie błąd z konsekwencjami.
| Cecha | Głuszec (Tetrao urogallus) | Cietrzew (Lyrurus tetrix) | Jarząbek (Tetrastes bonasia) |
|---|---|---|---|
| Wielkość | Samiec jak gęś, 3,9–6,5 kg | Samiec jak kura, ~55 cm | Mały, 34–39 cm, 305–490 g |
| Ogon samca | Rozkładany w wachlarz | Wygięty w lirę, białe podogonie | Krótki, szary, z czarną pręgą |
| Samiec — barwa | Grafitowy, pierś zielononiebieska, broda | Czarny z granatowym połyskiem | Plamkowany, czarne gardło |
| Samica | Ruda plama na piersi | Brak rudej plamy, ciemniejsza | Bardziej brunatna niż samiec |
| Status prawny | Ściśle chroniony | Ściśle chroniony | Łowny (1 IX–30 XI) |
Wachlarz kontra lira: jeden rzut oka na rozłożony ogon rozstrzyga, czy patrzysz na głuszca, czy na cietrzewia — nawet na nocnej klatce.
Toki: najbardziej widowiskowy i najbardziej wrażliwy moment
Kuraki leśne żyją w poligamii, a to znaczy, że cały ich sukces rozrodczy rozgrywa się na tokowisku. U głuszca sezon zaczyna się na przełomie marca i kwietnia i wygasa na początku maja, choć samce zajmują swoje rewiry już w połowie lutego. Rytuał ma stały scenariusz. Zaraz po zachodzie słońca koguty „zapadają” na upatrzone sosnowe gałęzie i spędzają tam całą noc; jeszcze przed świtem rozpoczynają pieśń. Kiedy pojawiają się kury, samce zlatują na ziemię i już z pełnym rozmachem — rozłożony ogon, napuszone pióra, opuszczone skrzydła — kontynuują popis, przeganiając słabszych rywali. W kulminacji toków nie przerywają śpiewu nawet w dzień, a jeden kogut potrafi powtórzyć swoją miłosną arię nawet 200 razy w ciągu jednego poranka.
Sama pieśń jest zaskakująco cicha. Cała zwrotka trwa zaledwie kilka sekund i słychać ją z odległości ledwie 200–300 m. Składa się z czterech faz: klapania (jak stukające kastaniety), trelowania, korkowania (dźwięk jak wyciąganie korka z butelki) i szlifowania, przypominającego ostrzenie kosy. I tu kryje się najsłynniejszy fakt z życia tego ptaka: podczas fazy szlifowania głuszec na chwilę głuchnie. Ten moment dał gatunkowi nazwę (głuchy → głuszec) i przez wieki go gubił — myśliwi podchodzili tokującego koguta krok po kroku, wyłącznie w tych sekundach, gdy nic nie słyszał. Dziś ta sama biologia jest argumentem za zostawieniem ptaka w spokoju.
U cietrzewia toki odbywają się od marca do maja na śródleśnych polanach. Koguty prezentują lirę i jaskrawobiałe podogonie, podskakują i kroczą z opuszczonymi skrzydłami, wydając dwa rodzaje dźwięków: ciche „czuszykanie” (ok. 40 decybeli) i głębokie, niskie „bulgotanie” zwane też bełkotaniem (ok. 70 decybeli), które niesie się nawet na kilka kilometrów. Kruszewicz opisuje to jak turniej: „jeszcze przed świtem koguty zbierają się i walczą o najlepszą pozycję — jak najbliżej środka tokowiska”, a cieciorka, gdy się zjawi, zmierza wprost do dominującego koguta i „swoją wizytę ogranicza do niezbędnego minimum”, bo tokowisko jest miejscem odkrytym i niebezpiecznym.
To „miejsce odkryte i niebezpieczne” to sedno problemu ochroniarskiego. Toki są nie tylko najbardziej efektowną, ale i najbardziej czułą fazą w roku. Cietrzew, jak pisze Komitet Ochrony Kuraków, „silnie negatywnie reaguje na obecność człowieka w jego ostojach”, a „codzienny, nawet krótkotrwały pobyt ludzi w ostojach tego gatunku, powoduje ich porzucenie przez cietrzewie”. Niemieckie badania na izolowanej populacji cietrzewia potwierdzają to twardymi danymi: znakowane telemetrycznie ptaki unikały okolic szlaków turystycznych, a dystans, na jaki się odsuwały, rósł wprost proporcjonalnie do natężenia ruchu ludzi. Zabłąkany spacerowicz nie musi ptaka dotknąć, by mu zaszkodzić — wystarczy, że tam jest.
Podczas szlifowania — ostatniej frazy pieśni — tokujący głuszec na kilka sekund głuchnie. Ta chwila dała mu nazwę i przez wieki gubiła go pod lufą.
Ile ich zostało: status i zasięg w Polsce

Tu trzeba być precyzyjnym, bo łatwo o pomyłkę, która zupełnie wypacza obraz. Trzeba rozdzielić status globalny od krajowego — to dwie różne rzeczy, ustalane przez różne instytucje i mówiące o różnych populacjach.
W skali świata oba gatunki mają się nieźle. Według globalnej czerwonej listy IUCN, w ocenie z 14 maja 2024 r., głuszec jest gatunkiem najmniejszej troski (least concern), z populacją szacowaną na 3,98–8,55 mln dorosłych osobników i trendem spadkowym. Cietrzew — również least concern w ocenie globalnej z 2024 r., 6,94–10,7 mln dorosłych osobników, także z trendem spadkowym. Powód tej łagodnej kategorii jest prosty: oba gatunki mają ogromny zasięg (od Skandynawii i Rosji po środkową Syberię) i wielomilionowe populacje, więc mimo spadków nie zbliżają się do progów zagrożenia. W samej Rosji żyje około 2,4 mln głuszców, a w Skandynawii około 700 tys..
W Polsce sytuacja wygląda dramatycznie inaczej. Tutaj oba gatunki są ściśle chronione, wpisane do Polskiej czerwonej księgi zwierząt (głuszec w najwyższej kategorii zagrożenia — CR, krytycznie zagrożony), a ich występowanie kwalifikuje obszar do ochrony w sieci Natura 2000. Głuszec, podobnie jak cietrzew, był w Polsce gatunkiem łownym aż do 1995 roku, kiedy — jak podsumowują Lasy Państwowe — objęto go ścisłą ochroną gatunkową i strefową; „niestety, nastąpiło to zbyt późno i nie powstrzymało spadku liczebności”.
Skala tego spadku robi wrażenie. Kwerenda z 1925 roku szacowała krajową populację głuszca na 2 200–2 700 osobników; w latach 60. było to 1 700–2 000 ptaków w pięciu izolowanych populacjach; w latach 1985–1995 liczebność spadła do około 466–700, a w 2000 roku do 470–570. Dopiero spis z lat 2017–2018 przyniósł odbicie: 523–631 osobników i 59–69 czynnych tokowisk — przy czym autorzy wprost przypisują ten wzrost efektowi wsiedleń i translokacji w części ostoi. Głuszec występuje dziś w czterech izolowanych rejonach:
| Rejon (spis 2017–2018) | Liczebność | Tokowiska |
|---|---|---|
| Karpaty Zachodnie (Beskidy, Tatry, Gorce, Babia Góra) | 284–326 | 35–41 |
| Puszcza Solska i Lasy Janowskie | 132–184 | 12–13 |
| Puszcza Augustowska | 36–46 | 5–7 |
| Bory Dolnośląskie (populacja reintrodukowana) | 65–75 | 6–7 |
Najliczniejsze są dziś więc populacje karpackie; populacje nizinne w dużej mierze podtrzymuje człowiek, dosiedlając ptaki z hodowli. Rodzima populacja Borów Dolnośląskich wymarła na początku XXI wieku (ostatnie dzikie ptaki widziano w 2009 r.), a to, co tam żyje, jest efektem restytucji.
Cietrzew jest w jeszcze gorszym położeniu. Dr Andrzej Kruszewicz podsumowuje to jednym porównaniem: „W Polsce mamy zaledwie 250–300 tokujących samców tego gatunku, podczas gdy w Finlandii jest ich 600–700 tysięcy, a w Szwecji około 200 tysięcy”. Trend jest równie ponury: o ile w połowie lat 70. liczebność cietrzewia szacowano na 33–40 tys. osobników, o tyle pod koniec lat 90. zostało około 900 kogutów, a w latach 2013–2018 już tylko 180–340 samców w skali kraju. Na Nizinie Północnopodlaskiej — w regionie kojarzonym z doliną Biebrzy — liczebność cietrzewi w ciągu 17 lat, do 2023 roku, spadła aż o 98 procent. To nie jest spadek, to zapadnięcie się populacji.
W skali globu to gatunki „najmniejszej troski”. W Polsce — garść ptaków, którą przy życiu trzyma kroplówka wsiedleń.
Dlaczego znikają — i dlaczego to nie jest jeden powód

Kuszące jest wskazanie jednego winowajcy, ale prawda jest bardziej złożona. Presja łowiecka była tylko jednym z czynników, i to dawnym — dziś oba gatunki są chronione. Kurczące się populacje nie radzą sobie z całym wachlarzem innych zagrożeń: zmianami siedlisk, klimatem i drapieżnictwem coraz liczniejszych lisów.
Sedno tkwi w siedlisku, i tu oba gatunki różnią się wymaganiami. Głuszec potrzebuje starych, wilgotnych i bagiennych borów o rozrzedzonym drzewostanie, z runem obfitującym w borówki — to na rozwijających się na borówkach gąsienicach żywią się młode w pierwszych tygodniach życia. Problem w tym, że w te bory coraz mocniej wchodzi cienioznośny świerk; las się zwiera, runo ubożeje i głuszce tracą bazę pokarmową. Cietrzew z kolei wybiera mozaikę terenów otwartych i leśnych — wrzosowiska, śródleśne polany, torfowiska, doliny rzeczne — gdzie roślinność musi być na tyle niska, by ptak widział, co się wokół niego dzieje. A wrzosowiska i podmokłe nieużytki w Polsce po prostu zanikają.
Do utraty siedlisk dochodzi drapieżnictwo. W wyniku rozrzucania szczepionek przeciw wściekliźnie dynamicznie wzrosła liczebność lisów, co przekłada się na większe straty wśród kuraków. A straty w lęgach potrafią być druzgocące. Jak mówi nadleśniczy z Ruszowa Janusz Kobielski, „każdy nowy lęg to zaledwie połowa sukcesu”, bo pisklęta są bardzo wrażliwe na chłód i wilgoć, a naturalni wrogowie — lisy, kuny, ptaki szponiaste — „mogą odpowiadać za śmiertelność nawet 80–90 proc. młodych ptaków”. Warto tu dodać międzynarodowy kontekst: w Pirenejach eksperyment ze 82 sztucznymi gniazdami (58 pod obserwacją fotopułapek) wskazał kuny jako kluczowego drapieżnika gniazdowego — odpowiadały za 23% strat mimo najniższego zagęszczenia, przed lisem (11%) i dzikiem (4%). To tłumaczy, dlaczego redukcja drapieżników jest stałym elementem polskich programów.
Czynna ochrona i restytucja: jak się ratuje leśne kuraki
Skoro same się nie odbudują, ratunek polega na kombinacji trzech rzeczy: hodowli i wsiedlania ptaków, ograniczania drapieżników i przebudowy siedlisk. Robi się to w kilku miejscach w Polsce, głównie rękami Lasów Państwowych i za publiczne pieniądze — krajowe i unijne.
Sztandarowym przykładem był unijny projekt LIFE „Capercaillie Protection”, obejmujący Bory Dolnośląskie i Puszczę Augustowską. Przy budżecie ponad 5,3 mln euro wsiedlono w obu kompleksach 406 głuszców, poprawiono siedliska na 67 tys. ha w Borach Dolnośląskich i 62 tys. ha w Puszczy Augustowskiej, a w ramach redukcji drapieżników usunięto 4 584 zwierzęta w Borach i 1 824 w Puszczy (lisy, jenoty, kuny, borsuki, norki, szopy). Inwentaryzacja z 2018 roku wykazała po projekcie około 90–110 głuszców w Borach i około 80 w Puszczy. Kolejne pieniądze płyną dalej: ministerstwo wymienia dwa duże projekty z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko — restytucję w Puszczy Solskiej i ochronę in situ oraz ex situ w Puszczy Augustowskiej; dofinansowanie tego drugiego, augustowskiego projektu, sięgnęło około 5,09 mln zł.
Jak to wygląda w terenie, dobrze pokazuje projekt „Restytucja i czynna ochrona głuszca w Puszczy Solskiej”, prowadzony w latach 2018–2023 przez nadleśnictwo Janów Lubelski wspólnie z Biłgorajem i Józefowem. Koszt: 8,38 mln zł, w większości z POIiŚ. W latach 2019–2023 wsiedlono 108 głuszców pochodzących z hodowli wolierowej w Nadleśnictwie Leżajsk, wykorzystując specjalne powierzchnie adaptacyjne wyposażone we fladry, odstraszacze akustyczne i elektryzatory, które w pierwszych, najbardziej krytycznych tygodniach chroniły młode przed drapieżnikami; przez cały pobyt w wolierach ptaki miały całodobowy nadzór. Do tego doszła redukcja drapieżników (w tym jastrzębia), usuwanie inwazyjnej czeremchy amerykańskiej, wykaszanie i wykładanie gastrolitów oraz szeroki monitoring, w tym genetyczny.
Osobno warto wspomnieć metodę, na której opiera się większość tych wsiedleń — „born to be free”, opracowaną przez dr. Andrzeja Krzywińskiego. W przeciwieństwie do tradycyjnej hodowli pisklęta wykluwają się w wolierach ustawionych w naturalnym środowisku i od pierwszego dnia swobodnie poruszają się poza wolierą, w której przebywa matka — samodzielnie zdobywają pokarm i uczą się zachowań antydrapieżniczych, co znacząco zwiększa ich szanse na przeżycie po wypuszczeniu. Wariant tej metody stosuje Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, gdzie do odstraszania drapieżników wykorzystuje się nawet oswojonego wilka. Cietrzewie hoduje się dziś m.in. w Ośrodku Hodowli Cietrzewia w Nadleśnictwie Spychowo (w 2024 roku odchowano tam rekordowe 125 młodych ptaków), a od 2024 roku ośrodek realizuje „Program czynnej ochrony populacji głuszca i cietrzewia” finansowany z FEnIKS 2021–2027.
Byłoby jednak nieuczciwie przedstawiać to jako niekończące się pasmo sukcesów. Ornitolożka dr hab. Dorota Zawadzka stawia sprawę wprost: głuszce i cietrzewie „da się hodować, ale ptaki źle radzą sobie po wypuszczeniu na wolność” — część w ogóle nie potrafi jeść, bo była karmiona przez ludzi, a część traci naturalną płochliwość. Spektakularny wyjątek to Ruszów w Borach Dolnośląskich, gdzie nadleśniczy podporządkował gospodarkę leśną — wpisując to wprost w plan urządzenia lasu — ochronie głuszca; tam się udało. Tam, gdzie nie zadbano o samo siedlisko, efekty wsiedleń bywają rozczarowujące. Restytucja bez odtworzenia lasu, w którym ptak ma jak żyć, jest łataniem dziury.
Każdy udany lęg to zaledwie połowa sukcesu — drapieżniki potrafią zabrać 80–90 procent młodych.
Monitoring fotopułapkami: patrzeć, nie płosząc

Tu wracamy do sedna. Jak zebrać dane o ptakach, które porzucają rewir na sam widok człowieka, a których tokowiska leżą w strefach z zakazem wstępu? Odpowiedź brzmi: zdalnie. Fotopułapka jest do tego wprost idealna, bo — jak przypominają nawet prawnicy — „działanie fotopułapek z samej swej istoty nie może powodować płoszenia zwierząt, taki jest wszak sens stosowania tego typu urządzeń”.
W praktyce leśnej kamery pełnią przy tych gatunkach kilka konkretnych ról:
- Tokowiska. Kamera ustawiona na czynnym tokowisku rejestruje frekwencję i rytm dobowy toków bez obecności obserwatora. Norweskie, recenzowane badanie sześciu tokowisk cietrzewia pokazało, że fotopułapki dostarczają dobrych, ciągłych danych o liczbie i porach wizyt i że koguty odwiedzają tokowiska przez większą część roku — choć autorzy uczciwie zaznaczają, że metoda może zaniżać rzeczywisty odsetek obecności. Polskim odpowiednikiem jest choćby wspomniane nagranie tokującego głuszca z Lasów Janowskich.
- Wsiedlone ptaki. W projekcie w Puszczy Solskiej fotopułapki były częścią standardowego wyposażenia — obok pułapek żywołownych, nadajników telemetrycznych i odbiorników GPS — a wykonane nimi zdjęcia kogutów i kur głuszca trafiały do archiwum nadleśnictwa jako dowód, że wypuszczone ptaki żyją i korzystają z terenu.
- Gniazda i drapieżniki. Kamery przy gniazdach (jak w pirenejskim eksperymencie ze sztucznymi gniazdami) pozwalają ustalić, kto konkretnie rabuje lęgi — informacja bezcenna przy planowaniu redukcji drapieżników.
Fotopułapka nie jest jedynym narzędziem „na dystans”. Uzupełnia ją telemetria i znakowanie GPS — tak monitorowano m.in. ptaki sprowadzone do Puszczy Augustowskiej — oraz genetyka nieinwazyjna. Analiza DNA z odchodów i wypierzonych piór pozwala rozpoznawać poszczególne osobniki bez ich chwytania; w badaniu w Tyrolu udoskonalone protokoły dały skuteczność typowania rzędu 90,7% dla głuszca i 92,4% dla cietrzewia — a więc twarde dane bez chwytania i niepokojenia ptaków. Wszystkie te metody łączy jedna filozofia: zebrać maksimum informacji przy minimum niepokoju.
Jest przy tym praktyczny problem, który zna każdy, kto obsługiwał kamery w terenie: setki, czasem tysiące klatek, z których większość jest pusta albo pokazuje sarnę, lisa czy dzika. Przy monitoringu skrajnie nielicznego gatunku ważne jest, by z tej masy szybko wyłowić właściwe ujęcia i pewnie odróżnić głuszca od cietrzewia (albo od drapieżnika kręcącego się przy tokowisku).
Jeśli dopiero układasz sobie warsztat rozpoznawania leśnych ptaków z klatek, osobno rozkładamy to na czynniki — Puchacz i sowy na fotopułapce: jak rozpoznać i podejrzeć siedem polskich sów.
Fotopułapka widzi tok, którego człowiekowi widzieć nie wolno — i na tym polega jej wartość.
Prawo i etyka: dlaczego nie wolno „chodzić na głuszca z aparatem”

To najważniejsza część i nie może być przypisem. Głuszec i cietrzew są w Polsce objęte nie tylko ochroną gatunkową, ale i ochroną strefową — formą chroniącą same miejsca rozrodu. Wokół tokowiska głuszca obowiązują dwie strefy: całoroczna, z zakazem wstępu w promieniu 200 m, oraz okresowa, obejmująca od lutego do końca maja promień do 500 m. Strefa całoroczna (ścisła) funkcjonuje na zasadach rezerwatu ścisłego — wykonanie na jej terenie jakichkolwiek czynności wymaga uzgodnień z Generalną lub Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska, a strefa okresowa (częściowa) obejmuje zwykle promień 300–500 m. Ochroną strefową objęto w Polsce 20 gatunków ptaków, w tym właśnie głuszca i cietrzewia. Skala jest realna: w 2020 roku w Lasach Państwowych istniało 3 893 stref o łącznej powierzchni 172 939 ha.
Do tego dochodzi wyraźny zakaz dotyczący samego fotografowania. Rozporządzenie Ministra Środowiska z 16 grudnia 2016 r. w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt zakazuje — w § 6 ust. 4 — „fotografowania, filmowania, obserwacji zwierząt objętych ochroną gatunkową, mogących powodować ich płoszenie lub niepokojenie”. Innymi słowy: wyprawa na tokowisko z aparatem, która płoszy ptaki, jest łamaniem prawa, niezależnie od intencji fotografa.
Warto tu rozdzielić dwie rzeczy, które łatwo pomylić. Głośna była sprawa, w której Lasy Państwowe próbowały wymagać zgody nadleśniczego na zakładanie prywatnych fotopułapek w lesie; prawnicy ocenili te wymagania jako pozbawione podstawy prawnej, bo z ustawy o lasach nie wynika kompetencja nadleśnictwa do wydawania takich zgód. Ale to spór o ogólne korzystanie z fotopułapek na gruntach leśnych — zupełnie osobny od zakazów obowiązujących w strefach ochronnych kuraków. Fakt, że co do zasady wolno Ci powiesić kamerę w lesie, w niczym nie uchyla zakazu wstępu do strefy tokowiska ani zakazu płoszenia chronionego ptaka. Monitoring tokowisk prowadzą upoważnione zespoły — nadleśnictwa, jednostki naukowe — działające w ramach programów i, gdy trzeba, na podstawie odstępstw wydanych przez GDOŚ/RDOŚ.
Dlatego wniosek dla przyrodnika, birdwatchera i fotografa jest jednoznaczny — i formułują go sami leśnicy. Nadleśniczy Kobielski wprost odradza „wycieczki na bezkrwawe łowy z aparatem w poszukiwaniu głuszców”: „To są ptaki wyjątkowo bojaźliwe, lepiej bez potrzeby ich nie niepokoić”. Ta sama zasada stoi za tym, że ośrodków hodowli nie udostępnia się zwiedzającym — cietrzewie „są bardzo wrażliwe na zmiany w ich środowisku oraz płochliwe, a stres wywołany obecnością ludzi może niekorzystnie wpłynąć na ich zachowanie oraz stan zdrowia”. Chcesz zobaczyć tokującego koguta? Obejrzyj nagranie z fotopułapki, które udostępnia nadleśnictwo, albo odwiedź legalną wolierę demonstracyjną. Nie idź na tokowisko.
Nagranie tokującego koguta z fotopułapki to nie zaproszenie w tamto miejsce — to najlepszy powód, by tam nie chodzić.
Najczęstsze pytania
Jak najszybciej odróżnić głuszca od cietrzewia?
Po wielkości i ogonie. Głuszec jest wielkości gęsi, ciemny, z brodą i ogonem rozkładanym w wachlarz; cietrzew jest mniejszy (wielkości kury), czarny z granatowym połyskiem i białym podogoniem, a jego ogon jest wygięty w lirę. Samice są podobne, ale cieciorka jest mniejsza i nie ma rudej plamy na piersi, którą ma kura głuszca.
Czy głuszec i cietrzew są zagrożone wyginięciem?
Zależy, w jakiej skali. Globalnie oba są na czerwonej liście IUCN w kategorii „najmniejszej troski” (ocena z 2024 r.), bo mają wielomilionowe populacje w Eurazji — choć z trendem spadkowym. W Polsce to co innego: są skrajnie nieliczne, ściśle chronione i wpisane do Polskiej czerwonej księgi zwierząt (głuszec jako gatunek skrajnie zagrożony).
Ile głuszców i cietrzewi żyje w Polsce?
Spis z lat 2017–2018 wykazał 523–631 głuszców i 59–69 czynnych tokowisk w czterech izolowanych rejonach, najwięcej w Karpatach Zachodnich. Cietrzewia jest jeszcze mniej — szacunkowo 250–300 tokujących samców w całym kraju, dla porównania w Finlandii jest ich 600–700 tysięcy.
Czy mogę pójść na tokowisko, żeby zobaczyć lub sfotografować toki?
Nie. Tokowiska leżą w strefach ochronnych z zakazem wstępu (całoroczna do 200 m, okresowa do 500 m od lutego do końca maja u głuszca), a fotografowanie chronionych ptaków w sposób powodujący ich płoszenie jest zakazane. Monitoring prowadzą wyłącznie upoważnione zespoły.
Do czego dokładnie służą fotopułapki przy tych ptakach?
Do rejestrowania toków i ich rytmu dobowego, potwierdzania obecności i przeżywalności wsiedlonych ptaków oraz — przy gniazdach — do ustalania, które drapieżniki rabują lęgi. Robi się to bez płoszenia, bo kamera pracuje pod nieobecność człowieka; uzupełniają ją telemetria GPS i nieinwazyjna genetyka z piór i odchodów.
Czym jest metoda „born to be free”?
To sposób odchowu i wsiedlania opracowany przez dr. Andrzeja Krzywińskiego: pisklęta wykluwają się w wolierach ustawionych w naturalnym środowisku i od pierwszego dnia wychodzą poza wolierę, ucząc się przy matce zdobywania pokarmu i unikania drapieżników, dzięki czemu lepiej radzą sobie po wypuszczeniu na wolność.